czwartek, 2 sierpnia 2012

Jesteś mi to winien, cz. 2. Zaspokajanie potrzeb

Większość ludzi (jeśli nie każdy) ma pewne założenia na temat tego, jak powinien wyglądać związek - miłosny, przyjacielski, rodzinny, biznesowy... Niektóre przekonania są albo nieświadome, albo uważane za tak oczywiste, że nigdy o nich nie rozmawiamy ani się nad nimi nie zastanawiamy. Moim zdaniem warto jednak dokonać ich przeglądu, by uniknąć przykrych niespodzianek, rozczarowań czy też po prostu lepiej zrozumieć siebie.

W poprzednim wpisie ("Jesteś mi to winien, cz. 1. Wzajemność") skupiłam się na przekonaniu, że romans to ciąg transakcji wymiennych, a dokładniej na założeniu, że istnieje coś takiego jak zobowiązanie do wzajemności. Podając przykłady koncentrowałam się bardziej na randkowaniu niż na "poważnych" związkach. Warto jednak zauważyć, że problem wzajemności może być równie kłopotliwy w związkach o dłuższym stażu lub głębszym poziomie zaangażowania stron.

Po pierwsze, "powaga" relacji nie chroni przed problemami opisanymi w poprzedniej części wpisu. Na każdym etapie związku może się zdarzyć oczekiwanie, że za "dobre traktowanie" należy się od drugiej osoby jakaś "nagroda", nie ujawnianie przekonania o należnej wzajemności i rozczarowanie, gdy sprzeczne oczekiwania wychodzą na jaw, instrumentalne traktowanie drugiej osoby, a także wymuszanie "należnej" wzajemności. Być może okoliczności będą inne, jednak schematy mogą być identyczne tak podczas pierwszej randki, jak i w dniu 10 rocznicy ślubu. Po drugie, problem wzajemności pojawia się także między rodzicami a dziećmi, rodzeństwem, przyjaciółmi itp. Przykładem może być oczekiwanie rodziców, że dziecko będzie podporządkowywało decyzje dotyczące dorosłego, samodzielnego życia "konieczności" wspierania swoich dotychczasowych opiekunów (cudzysłów, ponieważ zdarza się, że wsparcie, jakiego oczekują rodzice, daleko wykracza poza to, co postronny obserwator uznałby za konieczne).

Wróćmy jednak do relacji romantycznych. W codziennych sytuacjach nieraz decydujemy się ustąpić komuś w przypadku konfliktu - być może sprawa wydaje się nam trywialna i nie warta kłótni, może zgadzając się chcemy sprawić drugiej osobie przyjemność, albo też nie mamy w danym momencie siły czy ochoty na sprzeczki. Samo w sobie nie jest to problemem, jednak może przerodzić się w niego, jeśli wplączemy w całość niewypowiedziane oczekiwanie wzajemności. Niektórzy przy najbliższej okazji sięgają po argument "teraz twoja kolej!", inni jednak prowadzą coś w rodzaju umysłowego rejestru poświęceń i przysług, który ujawnia się dopiero po przekroczeniu jakiejś granicy, czasem w towarzystwie gorzkiego "gdybyś mnie naprawdę kochał, to...!". Warto pomyśleć, czy to nie dotyczy także nas. Czy było Ci kiedyś przykro, bo np. zawsze chodziłaś z nim do kina na filmy, które średnio Ci się podobały, by sprawić mu przyjemność, a tymczasem gdy raz Ty zaprosiłaś go do obejrzenia z Tobą długo wyczekiwanego horroru, on odmówił bo "nie lubi takich filmów"? Jeśli byłaś w takiej bądź podobnej sytuacji, zastanów się, co bardziej Cię zraniło - sama odmowa, czy to, że druga osoba nie "odwzajemniła" poświęcenia? Obie rzeczy mogą zasmucić, jednakże tylko ta druga jest pod Twoją kontrolą i możesz zminimalizować szansę, że się powtórzy. Wystarczy, że a) zakomunikujesz swoje oczekiwania drugiej stronie i/lub b) przestaniesz poświęcać się (ustępować) w przekonaniu, że kiedyś zostanie Ci to wynagrodzone. Niekoniecznie jest to łatwe w praktyce (zwłaszcza jeśli jest się nauczonym, że miłość = poświęcenie), jednak warto spróbować.

Jak dotąd opisywałam tylko jedno z wielu przekonań dotyczących związków, tj. przekonanie o tym, że relacje to ciąg transakcji wymiennych, w którym obie strony są zobowiązane do odwzajemniania tego, co dostaną od drugiej osoby. Założeń takich jest jednak więcej. Na przykład:

Przekonanie 2: Jak często można się kłócić?
Jedni są przekonani, że kłótnie są potrzebne, a ich brak oznacza nieszczerość, inni - że w związku opartym na "prawdziwej miłości" nie ma miejsca na sprzeczki; są też rzesze osób, których przekonania leżą gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnościami. Wiele zależy od tego, jak definiuje się kłótnię. Niektórzy rozróżniają "dobre" i "złe" kłótnie, podkreślając ważność tych pierwszych i szkodliwość tych drugich. Są tacy, którzy każdy, nawet najmniejszy konflikt uważają za oznakę psucia się relacji i unikają konfrontacji na wszelkie sposoby. Dla innych dzień bez pełnej emocji dyskusji to dzień stracony, a brak zaangażowania w walkę słowną odczytują jako brak zaangażowania w związek jako taki. Niezależnie od tego, który model uważamy za lepszy od innych, powinnyśmy sobie uświadamiać, że są tacy, którzy nie podzielają naszej opinii. Być może nawet najbliższe nam osoby mają poglądy zupełnie różne od naszych. Istotne jest, by obie strony miały świadomość tego, jak radzą sobie z konfliktami i by wspólnie wypracowały sposób działania akceptowany przez obydwoje. Skuteczna komunikacja to podstawa związków! Co ciekawe, wymyślono już prostą odpowiedź na pytanie, ile można się kłócić. Brzmi ona: tyle, by nie być nieszczęśliwym.

Przekonanie 3: Mój partner odpowiada za zaspokojenie (wszystkich) moich potrzeb.
Jest jedno częste przekonanie, które choć nieraz całkiem świadome, rodzi ogromnie dużo problemów. Ma ono różne "gatunki", po uproszczeniu sprowadza się jednak do prostego stwierdzenia - mój partner odpowiada za zaspokojenie moich potrzeb. Lub też - mój partner ma mnie uszczęśliwiać. W pierwszym odruchu dziwimy się: gdzie tu problem? Czy nie na tym polegają związki, że zaspokaja się nawzajem swoje potrzeby? Niby tak, ale haczyk ukryty jest w słówku "odpowiada". Wiele osób, nawet takich z pozoru zupełnie dojrzałych, chętnie pozbyłoby się ciężaru jakim jest odpowiedzialność za własne szczęście i satysfakcję. Samotni czy nie, pragniemy odnaleźć kogoś, kto zadba o nas, będzie nam podporą, wyzwaniem i co tam jeszcze nam potrzebne do zadowolenia z życia. Kultura i popkultura karmią nas obrazami (fikcyjnych) par realizujących te fantazje, przez co wzmaga się nasza tęsknota za dopełniającą nas drugą osobą. 

Myślę, że jest to problem, który można rozpatrywać na co najmniej dwóch poziomach:
a) czy nasze oczekiwania wobec jednej osoby nie są zbyt duże/liczne?
b) czy zdajemy sobie sprawę z ryzyk związanych z przerzucaniem na innych odpowiedzialności za nasze zadowolenie?

Poziom pierwszy to w zasadzie pytanie o to, czy szukamy ideału oraz z czego możemy zrezygnować w relacji z drugą osobą. Czy jeśli nasza partnerka będzie miała mnóstwo zalet, ale tę wadę, że nie chce prowadzić z nami debat o sprawach życia i śmierci, to szukać innej, bardziej podniecającej intelektualnie, czy może zaakceptować to i na dyskusje o imponderabiliach umawiać się z kimś innym? A jeśli nasz partner jest niezbyt romantyczny? Mało rozrywkowy? Nie lubi rozmów o emocjach, albo wręcz na odwrót - mówi o nich więcej niż o konkretach? Może ona niechętnie tańczy, a znowu on bez "baletów" nie czuje się sobą? W każdym związku może się zdarzyć, że jakaś szczególna potrzeba - emocjonalna, fizyczna, psychiczna itp. - nie będzie zaspakajana w pełni przez partnera. Jeśli uświadomimy sobie, jakie jest nasze minimum, którego spełnienia oczekujemy od drugiej osoby, będziemy mogli podejmować bardziej racjonalne decyzje wejścia/wyjścia z relacji. 

Inną zaletą znajomości własnych standardów jest możliwość przedstawienia ich partnerowi. Łatwiej jest dorastać do wyobrażeń ukochanego, gdy się je zna, prawda? Mniej oczywistym skutkiem wylistowania swoich oczekiwań jest możliwość przetestowania ich realności. Być może po zastanowieniu dojdziemy do wniosku, że niektóre z nich są zbyt wygórowane, bądź też sama ich liczba sprawia, że skazujemy się na wieczne niezadowolenie. Prostym ćwiczeniem umysłowym jest odwrócenie myśli "chciałabym, żeby ta druga osoba była dla mnie..." w "mam być dla tej drugiej osoby...". Jeśli wypowiadając jakieś oczekiwanie w tej formie poczujemy się nieswojo, to jest to sygnał, że warto zastanowić się nad zasadnością naszych wymagań.

Co jeśli dana osoba nie jest w stanie zaspokoić wszystkich naszych potrzeb? Możemy się rozstać i szukać innej, możemy zrezygnować z satysfakcji w danym wymiarze i zostać razem, możemy zostać razem, ale szukać realizacji pragnień gdzie indziej... Oczywiście wszystko za porozumieniem stron. Przykładem rozwiązania trzeciego jest sytuacja, gdy para decyduje się spędzić wieczór osobno, dajmy na to jedno ze swoimi przyjaciółmi na piwie i pogaduszkach, a drugie ze znajomymi na siłowni. Oboje zaspokajają w ten sposób jakieś potrzeby, nie potrzebują jednak do tego akurat swojego życiowego towarzysza. Być może wypracowałaś już coś w rodzaju tego systemu, na przykład o pracy rozmawiasz z partnerem, potańczyć idziesz z kolegą z podstawówki, a o filozofii dyskutujesz z przyjaciółką, bo zauważyłaś, że jedna osoba nie nadaje się do wszystkich tych rzeczy. Jeśli tak, to jesteś na drodze do przejęcia kontroli nad swoim zadowoleniem z życia. Dlaczego jest to ważne?

Ponieważ zrzucanie na innych odpowiedzialności za naszą własną satysfakcję jest ryzykowne. Ktoś może:
- nie chcieć,
- nie móc,
- nie umieć
zaspokoić naszych potrzeb, albo też może nawet nie zauważyć tego, że mamy wobec niej/niego jakieś oczekiwania. Czekając na to, że ktoś się nami zajmie, zdajemy się na cudzą łaskę oraz tworzymy potencjalne źródło dodatkowej frustracji - w końcu męczą nie tylko niezaspokojone potrzeby, ale też i niespełnione oczekiwania. Są takie rzeczy, które jesteśmy w stanie same sobie zapewnić, więc nawet jeśli faktycznie nigdy nie będziemy musiały, to warto dowiedzieć się, jak to robić. Otoczenie nie pobudza Cię intelektualnie? Zainspiruj się więc sama - poczytaj coś, podyskutuj na forum internetowym, wysłuchaj wykładu albo rozwiąż krzyżówkę. Nie czujesz się dostatecznie adorowana? Wyjdź do ludzi, zacznij flirtować. Masz kiepski humor? Obejrzyj komedię. I tak dalej. Mając bazę działań, które przynoszą Ci satysfakcję w określonych dziedzinach, będziesz pewniejsza siebie oraz po prostu częściej zadowolona, bo nie będziesz musiała zawsze czekać na odpowiedni ruch ze strony partnera. 

Zaraz, zaraz, czy to znaczy, że nie potrzebujesz do szczęścia "drugiej połowy"? Jeśli nie jesteś już dzieckiem, to w zasadzie odpowiedź brzmi - tak. Dzieci, zwłaszcza te małe, liczą na innych, bo nie mają innego wyjścia. Dorośli ludzie są (a przynajmniej powinni być) samodzielni i odpowiedzialni za siebie, wliczając w to dbanie o własną satysfakcję z życia. Wchodzenie w związek tego nie zmienia - znajdując towarzysza nie stajemy się znowu bezradnymi dziećmi. W końcu jest to partner, a nie opiekun!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz